Czasami przy okazji różnych rozmów wraca do mnie pewna obserwacja, o której chciałbym tylko krótko wspomnieć. To sprawa drobna, a jednak potrafi czasem prowadzić nawet do napięć czy nieporozumień między mężczyzną a kobietą.
Wielu mężczyzn jest jakby w pewien sposób „zaprogramowanych”. Używam tego słowa trochę żartobliwie, ale coś w nim jest. Kiedy kobieta zaczyna opowiadać o jakimś problemie, w mężczyźnie często natychmiast uruchamia się jakiś wewnętrzny przycisk: „trzeba to rozwiązać”. Wtedy pojawia się gotowość do działania – udzielania rad, szukania rozwiązań, analizowania sytuacji, a nawet natychmiastowego planowania, jak ten problem usunąć.
Przez lata nauczyłem się jednak jednej ważnej rzeczy: nie zawsze trzeba od razu rozwiązywać problem.
Po pierwsze – nie każda kobieta, która opowiada o trudności, oczekuje natychmiastowej pomocy czy rady. Często sama dobrze wie, że sprawa nie ma prostego rozwiązania albo że nie chce jej rozwiązywać w tej chwili – a już na pewno niekoniecznie w tej konkretnej rozmowie.
Czasami chodzi po prostu o coś znacznie prostszego: o podzielenie się tym, co przeżywamy. To zresztą jest bardzo ludzkie i w pewnym sensie wspólne dla wszystkich – potrzebujemy kogoś, kto nas wysłucha, kto będzie obok, kto okaże zrozumienie.
Tymczasem wielu mężczyzn niemal automatycznie przechodzi w tryb „rycerza na białym koniu”. W ich głowie pojawia się myśl: muszę coś zrobić, muszę pomóc, muszę to naprawić. I zanim jeszcze druga osoba skończy mówić, oni już galopują z rozwiązaniami.
Nie wiem, czy kolejne pokolenia młodych mężczyzn mają dokładnie tak samo, choć wiele wskazuje na to, że tak. To pewien sposób myślenia wpisany w męską naturę – nastawienie na działanie, naprawianie, pokonywanie trudności.
Problem polega na tym, że nie zawsze o to chodzi w rozmowie.
Dlatego jedną z ważnych lekcji, jakich można się nauczyć w relacjach – w małżeństwie, w rodzinie czy w przyjaźni – jest prosta umiejętność: czasem, zamiast radzić, wystarczy wysłuchać. Zamiast natychmiast rozwiązywać – być obecnym. Zamiast szukać odpowiedzi – okazać zrozumienie.
I często właśnie wtedy druga osoba czuje się naprawdę zauważona i przyjęta.
Jednak wielu mężczyzn jeszcze tego nie wie. Potrzeba było czasu, aby i ja to zauważył.
Wciąż wielu z nas wydaje się, że jeśli ktoś mówi o problemie, to znaczy, że prosi o pomoc w jego rozwiązaniu. A skoro tak, to trzeba szybko znaleźć odpowiedź, plan działania – najlepiej jeszcze konkretny sposób naprawy sytuacji.
W naszej głowie pojawia się coś w rodzaju zadania do wykonania: problem – rozwiązanie, trudność – działanie.
Tymczasem z biegiem lat zaczyna się odkrywać, że rozmowa nie zawsze jest warsztatem naprawczym. Czasami jest po prostu przestrzenią dzielenia się tym, co ktoś przeżywa. Najlepszym „narzędziem” nie zawsze jest klucz francuski, ale para uszu.
Mam wrażenie – choć oczywiście mogę się mylić – że kobiety pod tym względem często radzą sobie lepiej. Potrafią usiąść, porozmawiać, „obgadać” sprawę z różnych stron. Wypowiedzieć emocje, nazwać to, co się wydarzyło, spojrzeć na sytuację razem z kimś innym. I co ciekawe – po takiej rozmowie często czują ulgę, nawet jeśli problem nadal istnieje i nikt go jeszcze nie rozwiązał.
Dla wielu mężczyzn to bywa zaskakujące. Bo w ich logice wygląda to mniej więcej tak: skoro problem nadal jest, to rozmowa niczego nie zmieniła. A jednak zmieniła bardzo dużo – zmieniła to, jak ktoś się z tym problemem czuje.
Czasami samo wypowiedzenie czegoś na głos, usłyszenie: „rozumiem”, „to rzeczywiście trudne”, „jestem przy tobie” – daje więcej niż najlepsza rada.
My, mężczyźni, mamy często naturalną skłonność do działania. I to wcale nie jest zła cecha. Dzięki niej powstają rozwiązania, decyzje, konkretne kroki. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy działanie zastępuje słuchanie.
Dlatego jedną z rzeczy, których można się uczyć przez lata w relacjach, jest prosta sztuka: najpierw wysłuchać do końca, a dopiero potem – jeśli ktoś naprawdę tego potrzebuje – pomyśleć o rozwiązaniu.
A czasami… najlepszym rozwiązaniem okazuje się właśnie dobra rozmowa.
Panowie, spróbujmy dziś częściej być „obecni” niż „skuteczni”.